Międzynarodowe Stowarzyszenie Bursztynników > Bursztyn > Inkluzje > Amator i Profesor w Świecie Inkluzji - J. Koteja

Amator i profesor w świecie inkluzji
Jan Koteja
Akademia Rolnicza - Katedra Zoologii i Ekologii
Al. Mickiewicza, 30-059 Kraków

 

Co to znaczy amator?
W wielu dziedzinach życia używamy nazw - "amator" i "profesjonalista", np. amatora od robienia mebli - w odróżnieniu od prawdziwego stolarza - nazywamy majsterkowiczem; tego, który gra dla siebie lub rodziny - nazywamy grajkiem - w przeciwieństwie do muzyka, który gra w filharmonii. W nauce profesjonalista nazywany jest uczonym lub profesorem, i takim określeniem będziemy się też posługiwać, tym bardziej, że profesjonalista i profesor mają ten sam źródłosłów.
Choć jednych nazywamy amatorami, innych profesorami, nie byłoby nam łatwo precyzyjnie zdefiniować te terminy i wykreślić ostrą granicę między nimi. Jeżeli prawdziwy stolarz będzie grał na organkach dla siebie lub rodziny, wówczas będzie profesjonalistą w stolarstwie, a amatorem w muzyce. To samo będzie z muzykiem, który naprawia stołki. Zatem o amatorstwie i profesjonalizmie można mówić tylko w odniesieniu do określonej dziedziny. A jeżeli zawodowy bibliotekarz będzie zbierać bursztyn, to czy nazwiemy go amatorem? Przecież traktuje swoją kolekcję z tym samym znawstwem i doświadczeniem, z jakim operuje książkami. Nasuwa się tu sugestia, że rozróżnienie między amatorem i profesorem zasadza się na wykształceniu lub zarabianiu. Jeżeli ktoś za swoją pracę otrzymuje wynagrodzenie, to jest profesorem, jeżeli pracuje za darmo, wówczas jest amatorem. Ale jak wtedy sklasyfikować profesora, który stracił pracę lub przeszedł na emeryturę, albo gościa, który pracuje za pół litra? Nie inaczej jest z wykształceniem i stopniami naukowymi. Bywają studenci, a więc jeszcze amatorzy w nauce, przed którymi profesorowie uciekają, ponieważ zadają pytania, na które trudno odpowiedzieć; a proszę pamiętać, że nauka głównie polega na stawianiu właściwych pytań. Zresztą, wystarczy śledzić różne konkursy dla amatorów, aby zobaczyć jak blado wypadają w nich profesorowie-eksperci, w zestawieniu z amatorami.
Jest jeszcze jedna stosunkowo łatwo uchwytna różnica między profesorem i amatorem. Pierwszego traktujemy z szacunkiem, niekiedy z nabożeństwem; nawet żona profesora jest więcej warta od żony amatora, jest przecież profesorową, a żona amatora - kim jest? O amatorze mówimy z lekceważeniem, niekiedy z pogardą - "a to taki amator". Jeżeli profesor coś spartaczy, to widocznie miał wyjątkowego pecha; jeżeli amator zrobi coś dobrze, to znaczy, że mu się wyjątkowo udało, bo normalnie jest to partaczenie, czyli "amatorszczyzna". Wynika z tego, że profesjonalnie, znaczy dobrze, a po amatorsku - źle.
Ale zwróćcie uwagę, że słowo "amator" oznacza kogoś, kto kocha: amator kanarków kocha kanarki, amator znaczków pocztowych - znaczki. Tego, kto kocha kwiaty nazywamy miłośnikiem kwiatów lub "prawdziwym amatorem". Wynika z tego, że są prawdziwi i fałszywi amatorzy. A jeżeli stolarz kocha zapach drzewa, kleju i te swoje stołki - to kim on jest? Jeżeli profesor nie może przeżyć dnia bez swojej pracowni i badań - wówczas będzie profesorem-amatorem, czy amatorem-profesorem? Wróciliśmy zatem do początku rozważań - choć jednych nazywamy profesorami, a innych amatorami, nie wiemy czym oni się różnią, ale we wszystkich tych rozróżnieniach jest jakaś część prawdy.
Chyba we wszystkich dziedzinach życia istnieje amatorstwo i zawodowstwo, jednak relacje między nimi są różne. Np. stosunkowo mało amatorów jest wśród fizyków jądrowych, znacznie więcej wśród zoologów - rozpoznają zwierzęta, dużo wiedzą o ich życiu i obyczajach, kolekcjonują motyle itd. Są dziedziny, które bez amatorstwa w ogóle istnieć nie mogą - należy do nich paleoentomologia. Mam na myśli kolekcjonerów skamieniałych owadów, a w szczególności inkluzji bursztynowych. I to jest pierwsza teza niniejszego wykładu.

Długa droga
We współczesnym świecie od nauki oczekuje się wymiernych, materialnych i natychmiastowych korzyści; na inny rodzaj badań nie starcza pieniędzy, miejsca i czasu. Takim niechcianym dzieckiem nauki jest paleoentomologia. W Polsce jest jeden profesjonalny paleoentomolog, w Muzeum Ziemi, kilku innych badaczy zajmuje się kopalnymi stawonogami i ich ewolucją ubocznie, po amatorsku właśnie; np. moją profesją jest entomologia stosowana w szkole rolniczej. Nie inaczej, a raczej "gorzej", jest w innych krajach, tzn. paleoentomologia jest swego rodzaju dziedziną amatorską, choć uprawianą przez profesorów.
Podstawą nauk przyrodniczych jest tzw. "materiał": geolog musi mieć kamienie, botanik - rośliny, zoolog zwierzęta, a paleontolog - skamieliny. Są one zgromadzone w zbiorach muzealnych. A w muzeach skąd się wzięły? W przypadku skamielin stawonogów lądowych, zwłaszcza inkluzji bursztynowych, tylko mała część pochodzi z zaplanowanej działalności placówek naukowych, olbrzymia większość to efekt działalności amatorskiej i kolekcjonerskiej.
Nim inkluzja wydobyta ze złoża trafi do placówki naukowej, odbywa niekiedy bardzo długą drogę. Pierwszy, a zarazem najważniejszy etap, to wyłowić kawałek bursztynu z muszką spośród setek kawałków bez inkluzji. Podobno w Polsce przerabia się blisko 200 ton surowego bursztynu rocznie. To jest około 40 milionów kawałków, akurat tyle ile lat liczy bursztyn bałtycki. Czy ktoś oszacował, ile czasu potrzeba, aby choć z jednej strony oszlifować te kawałki, zobaczyć co jest w środku i wybrać te, które zawierają inkluzje? Pracę tę wykonują setki amatorów inkluzji; choćby tylko amatorów tych kilku dolarów, za które inkluzję można sprzedać, lub amatorów satysfakcji, że okazy przez nich zebrane posłużą nauce. W ten sposób powstała pokaźna kolekcja kopenhaska - z darów kilku jubilerów, czy kolekcja kredowego bursztynu z New Jersey w Nowym Jorku - dar kilku "woluntariuszy".
Na wybraniu inkluzji i wsypaniu ich do worka, praca paleontologiczna się nie kończy, a dopiero zaczyna. Powiedzmy, że w tym worku są (choć nie muszą być) inkluzje czerwców, które akurat badam - potrzebuję kilku tygodni, aby ten worek przejrzeć. A jednak mam czerwce w pracowni, jest ich prawie 1000. I myślę o tych bezimiennych amatorach, którzy je znaleźli w dziesiątkach lub setkach tysięcy innych inkluzji i ofiarowali lub sprzedali placówkom naukowym. Chodzi o to, co pospolicie nazywa się handlem inkluzjami - czasowe gromadzenie inkluzji, ich wymiana, kiermasze, giełdy itp. Na tym polu znowu działa ruchliwa i wszędobylska armia amatorów, bez której niemożliwe byłoby rozsegregowanie inkluzji i udostępnienie ich zainteresowanym badaczom. Niekiedy zgłaszane są pretensje do tych, którzy handlują inkluzjami. A z czego amator ma żyć, jeżeli cały czas poświęca inkluzjom? Dlaczego nie mamy żalu do ogrodników, że sprzedają kwiaty, przecież mogliby je rozdawać za darmo?
Handlarz inkluzji jest często w kłopotliwej, a zarazem groteskowej sytuacji - nie wie ile warta jest oferowana inkluzja. Za pospolitą inkluzję nikt nie da wysokiej ceny, a jeżeli warta jest miliony? Czyli trzeba się znać na owadach i zarazem wiedzieć, które muchy są częste w bursztynie, a które niezmiernie rzadkie, a takich znawców nawet wśród profesorów trudno spotkać. Są to korzystne warunki zbliżenia profesora i amatora. Na przykład w Anglii istnieje niepisana umowa pomiędzy wielkimi handlarzami inkluzji i Muzeum Brytyjskim, na podstawie której pracownicy muzeum oznaczają inkluzje, a w zamian za to firmy handlowe przekazują do muzeum cześć wartościowych okazów.
A z tym oznaczaniem wcale nie jest tak prosto; niekiedy można usłyszeć opinię - "profesor, a nie wie co to jest", lub - "już dziesiątki lat nad tym siedzi i jeszcze nie oznaczył". Co to w ogóle znaczy "oznaczyć"? Jeżeli powiem, że w bursztynie jest mucha, to czy inkluzja jest oznaczona? Jeżeli dodam, że ta mucha ma sześć nóg i zdechła 40 milionów lat temu, to czy ona będzie dokładniej oznaczona? Sprawa warta jest omówienia, bo często jest przedmiotem nieporozumień, ale to już przy innej okazji. Tu tylko trzeba dodać, że wiele inkluzji to "nowe" gatunki i rodzaje, a nawet rodziny. Ich prawdziwymi, choć niekiedy nieświadomymi odkrywcami są właśnie amatorzy. Profesor ma obowiązek napisać, kto naprawdę odkrył nowy gatunek, a często upamiętnia ten fakt nadając nowemu taksonowi imię jego odkrywcy.

Prawdziwy amator
Wśród różnych form amatorstwa wyróżnić trzeba amatorów, którzy różnią się od profesorów tylko tym, że nie otrzymują profesorskiej pensji, a ich kolekcje merytorycznie są takie jak kolekcje "publiczne". Oprócz zbioru inkluzji w domu jest duża biblioteka, a w niej również własne prace. Oczywiście taki "amator" zna się na rzeczy i poświęca się prawie całkowicie inkluzjom, czego nie da się powiedzieć o wszystkich profesorach. Dysponuje swoim czasem i finansami, czego również nie można powiedzieć o placówkach naukowych i ich pracownikach. O zakupie inkluzji dla muzeum decyduje sejm, KBN, w końcu dyrektor placówki, a nie kustosz. Prawdziwy amator, jeżeli trafi na cenną inkluzję, nawet buty sprzeda aby ją zdobyć. Prywatne kolekcje prowadzone są niekiedy z niezwykłą pieczołowitością, czego nie można powiedzieć o wszystkich kolekcjach publicznych, bo znowu nie ma pieniędzy, ludzi, pomieszczeń itd.
Kolekcje prywatne różnią się jednak od publicznych pod niektórymi względami. Muzea są otwarte i zobowiązane do udostępniania zbiorów, przez wypożyczanie materiału lub "grzebanie" w skamielinach. Z kolekcji prywatnych można korzystać przez uprzejmość właściciela. A jeżeli nie zechce udostępnić? Są kolekcje, których właściciele traktują je całkowicie prywatnie, do czego zresztą mają pełne prawo; wówczas są to kolekcje inkluzji, ale nie zbiory naukowe, ponieważ te muszą być ogólnie dostępne (nauka z definicji jest "jawna"). Na tym tle powstaje problem, czy należy opisywać nowe taksony na podstawie materiałów z prywatnych kolekcji.
Kolekcje publiczne są ciągłe - zmieniają się rządy, dyrektorzy i kustosze, a kolekcja trwa; niekiedy zamknięta i zakurzona, ale jest. Los kolekcji prywatnej nie jest pewny. Po śmierci kolekcjonera żona może włożyć bursztyny do trumny, "bo on je tak kochał". Może je dać wnukom do zabawy, sprzedać na tandecie za grosze, wynieść na strych lub wprost wyrzucić na śmietnik, bo przez te piekielne muchy całe życie było spaskudzone (stąd wniosek, że najlepiej, gdy obydwoje są kolekcjonerami). W najlepszym wypadku spadkobiercy przekażą kolekcję placówce naukowej. Aby zapobiec ewentualnej tragedii, prawdziwi kolekcjonerzy już zawczasu spisują testament, w którym przekazują swoje zbiory do muzeum, a ponieważ kolekcja szybko się powiększa, muszą co jakiś czas odnawiać swoją wolę. Ustawodawstwo niektórych krajów sprzyja takim działaniom poprzez odpisy podatkowe darowizn na rzecz nauki i kultury.
Kolekcje publiczne są specjalnie chronione kratami i systemami alarmowymi przed złodziejami, pożarem itp.; kolekcje prywatne w znacznie mniejszym stopniu. Historia wielkich kolekcji jednak przekonuje, że również one mogą ulec unicestwieniu, jak np. kolekcja królewiecka w czasie II wojny światowej; ocalały z niej właśnie materiały rozproszone, wypożyczone przez różnych badaczy. Równie niebezpieczni są nieodpowiedzialni opiekunowie kolekcji. Wiele zbiorów muzealnych (akurat nie inkluzji) zostało po wojnie w Polsce zmarnowanych z powodu braku należytej opieki, funduszy, pomieszczeń i, przede wszystkim, niedoceniania roli zbiorów naukowych. Proces ten nie został zatrzymany, komputer wyparł nie tylko maszynę do pisania, ale również szafę ze zbiorami.
Jest zdumiewające i tragiczne, że kawałek bursztynu, którego wiek ocenia się w milionach lat, niszczeje, po wydobyciu ze złoża, w ciągu kilkunastu lat. Jest to zarazem największy problem inkluzji - jak je zabezpieczyć na przyszłość. Tysiące inkluzji rozpadło się z powodu złych warunków przechowywania i braku zabezpieczenia, jeszcze więcej z powodu błędnych prób zabezpieczenia. Problem ten nie został dotychczas pomyślnie rozwiązany, a jeżeli nawet dobry sposób się znajdzie, skąd znajdą się środki na trwałe zabezpieczenie dużych kolekcji muzealnych? Czy na te zabiegi znajdzie czas i pieniądze również amator? Prawdziwi amatorzy już takie środki (miejmy nadzieję, że skuteczne, co dopiero pokaże czas) stosują.
Inkluzja jest czymś żywym; mucha zamknięta w bursztynie żyje w niepowtarzalnym środowisku skamieniałej żywicy. Są w niej tęczowe blaski, szczeliny, przepaście i kryjówki, deszcz perlisty, mgławice i burze piaskowe; są włoski gwiaździste, drzazgi, niekiedy pająk, który na nią polował, towarzyszki wspólnej doli... Mucha, oglądana z różnych stron to się wydłuża to grubieje, niekiedy jawi się w srebrze lub złocie, niekiedy ginie w szarości. Prawdziwy amator inkluzji wzbrania się przed ich preparowaniem; mucha wycięta z bursztynu i oszlifowana do cienkiej płytki staje się muchą zwykłą, tak jak te, które latają nad łąką - preparatem mikroskopowym. Dla profesora, cały ten bursztynowy świat otaczający muchę też jest piękny, ale utrudnia on, a niekiedy uniemożliwia zbadanie samej muchy.
Specjalnie cenne są okazy, w których jest kilka, niekiedy kilkaset inkluzji, nazywamy je inkluzjami wspólnymi lub syninkluzjami. Oczywiście są one cenne również w sensie pieniężnym. Czy jednak zawsze kawałek bursztynu z pięcioma muchami będzie pięć razy droższy od tego z jedną muchą? Takie spekulacje prowadzą niekiedy do rozcinania bursztynu z syninkluzjami, a przez to do utraty informacji o wspólnym życiu i śmierci, a jest to jedyny dowód, że jakieś dwa organizmy żyły współcześnie i w tym samym środowisku. Drodzy Amatorzy - nie rozcinajcie wspólnych inkluzji!
Muzea, z wielokrotnie już przytaczanych względów, nabywają tylko okazy specjalnie cenne. Amatorzy - jeszcze cenniejsze - co tym bardziej jest oczywiste. A kto masowo zbiera inkluzje "pospolite"? Tymczasem zaginiony już świat bursztynowy to nie tylko rodzynki, ale również roje "zwykłych" much i niepozorny drobiazg; to właśnie te inkluzje dają świadectwo minionych czasów w znacznie większym stopniu niż inkluzja jaszczurki, choćby była warta miliony. Inaczej na te sprawy patrzy amator, inaczej profesor.
Wielkość kolekcji bursztynowych w muzeach jest w przybliżeniu znana. Nasze Muzeum Ziemi zajmuje w tej konkurencji czołowe miejsce. A co wiemy o kolekcjach prywatnych? Na takie pytanie wprost, kolekcjonerzy odpowiadają wymijająco - albo sami nie wiedzą, albo starają się ukryć prawdziwe liczby (nawet przed kolegami), zwykle podają szacunki pomniejszone - "chyba kilkaset" - a kilkaset inkluzji mieści się w zwykłej kieszeni (sprawdzałem). Ile inkluzji zawiera kolekcja zajmująca trzy pokoje, łazienkę, piwnicę i strych? Sądzę, że gdyby jakieś nieszczęście spotkało wszystkie publiczne kolekcje, w nauce nie byłoby tragedii; w prywatnych kolekcjach jest nieporównanie więcej inkluzji (tylko jedna prywatna kolekcja w Danii zawiera około 30 tysięcy okazów, czyli o jedną trzecią więcej niż Muzeum Ziemi).
Inkluzje, jak wiele innych rzeczy, posiadają aspekt narodowy, mogą być przedmiotem dumy, specjalnej troski itd. Z niektórych krajów nie wolno ich wywozić (np. z Kanady); w niektórych krajach powstały specjalne związki miłośników inkluzji (np. w Niemczech i Danii). U nas ciągle ponawia się apele o powstrzymanie wyprzedaży inkluzji za dolary, a zwłaszcza za marki. Póki placówki naukowe nie będą miały pieniędzy na zakup inkluzji i póki nie będzie masowego, zorganizowanego i docenionego ruchu amatorskiego, inkluzje z Polski będą uchodziły. Osobiście o to się nie gniewam, łatwiej, choć drożej, mogę je nabyć w Hamburgu, niż w Gdańsku, gdzie były zbierane.
Jak się łatwo domyślić, referat jest wyrazem uznania i zarazem osobistym podziękowaniem pod adresem wszystkich amatorów inkluzji - zarówno tych, którzy "tylko" zbierają inkluzje aby je sprzedać, i tych którzy je oddają darmo na cele naukowe, i tych, którzy wyszukują na targach i giełdach potrzebne okazy, i wreszcie prawdziwych amatorów, którzy udostępniają materiały ze swoich kolekcji. Bez ich udziału nie napisałbym ani jednej pracy o czerwcach kopalnych, a jestem też przekonany, że bez pomocy amatora, paleoentomologia byłaby bardzo uboga.